#myownmarley historii początek

Chce psa!

Ile zajęło wam podjęcie decyzji o przygarnięciu psa pod swój dach? Mi zajęło to rok. Długo? Długo. Było to spowodowane nie tyle co wielkimi wątpliwościami i brakiem zdecydowania ale bardziej tym gdzie akurat byłem lub w sumie gdzie mnie nie było – wyjaśnię później.

Rok to bardzo dużo czasu, można się bardzo dobrze zastanowić jakiego psa wybrać, jaka rasa będzie idealna dla siebie jak i dla domowników. Można nawet wybrać tą jedyną rasę po czym się rozmyślić i wybrać inną i tak trzy razy. Moje pojęcie o psach było znikome, w sumie  jak każdego kto bierze pierwszego psa ( w tym miejscu trzeba przyznać że są i tacy co biorą już drugiego, trzeciego psa, a nadal mają znikome pojęcie o prowadzeniu czworonoga).  Wiedziałem jednak że rasy różnią się od siebie i warto wybrać taką która pasować będzie do przewodnika.

 

Jaka rasa? Owczarek Środkowoazjatycki? Husky? Dalmatyńczyk?  

Zaczęło się od Owczarka środkowoazjatyckiego, fajny duży pies. Stróż przywiązany do właściciela. Silny ale spokojny, takiego psa szukałem. Jednak czy aby na pewno? Azjata potrzebuje właściciela z doświadczeniem, przewodnika, prawdziwego przewodnika, więc choć bardzo bym chciał to się nie nadaję.

Szukam dalej, dalej jest Husky. Kolejny “prawdziwy” pies którego podziwiam za każdym razem jak spotkam na ulicy. Jednak, w domu mam trzy koty więc z psem który ma dość mocny instynkt, a ja nie mam doświadczenia żeby ten instynkt zahamować mogłoby być trudno.

Kolejna rasa na celowniku to Dalmatyńczyk. No ej, czy Dalmatyńczyki to nie są super psy? No są, w sumie nie wiem dlaczego nagle zrobiło ich się tak mało na ulicach.

Ale – oczywiście że jakieś “ale” musiało się pojawić – rodzina powiedziała: Jak pies to tylko owczarek. Przeglądając głębiny internetu, znajdując różne opisy rasy trzeba przyznać że owczarek to pies uniwersalny. Pies który ma w genach wierność i odwagę. Rasa stworzona do nauki oraz wymagająca przebywania z człowiekiem. Nigdzie nie ma magicznego zapisu o tym że wymaga doświadczonego przewodnika, tak więc pies idealny. 

Hodowla i wujek Google

Zacznijmy od tego czemu hodowla, a nie schronisko. Bo tak sobie wymarzyłem, zawsze chciałem mieć psa z hodowli, a zresztą kto nie spróbuje ten nie wie.

Tak więc, szukamy hodowli. Jak szukamy? Po prostu, wujek Google: “Owczarek niemiecki hodowla pomorskie”, szukamy takiej gdzie są akurat szczeniaki i jest w miarę blisko.

Jest! Dwie godziny drogi od nas, hodowla długowłosych owczarków niemieckich. Od razu piszę maila czy faktycznie nadal mają szczeniaki i jakie, Pani szybko odpowiada dołączając zdjęcia. Już po pierwszych zdjęciach wiedziałem którego z magicznej trójki chce, okazało się że jest to najspokojniejszy szczeniak z całej gromady. Krótka wymiana maili, kilka pytań z mojej strony i byliśmy umówieni na wizytę. Z perspektywy czasu, uważam że wybór psa ze strony przyszłego właściciela powinien wyglądać zupełnie inaczej. ale również selekcja przyszłych właścicieli ze strony hodowczyni również powinna wyglądać inaczej – o tym w przyszłości.

 

Jedziemy po psa!

Jedziemy, jedziemy – my bo jedziemy razem z przyjaciółką Kasią i jej przyjaciółką Pchłą ( bokser ). Najważniejsza sprawa to aby nasze psy się dogadały. Trasa do hodowli zajęła nam około 2 godzin. Podjeżdżając pod hodowle widzimy duży ogród i kojce z psami. Pierwsza moja myśl – jakie to owczarki są wielkie! Chwile rozmowy z właścicielką i widzimy tego maluszka. Wiadomo jak wszystkie małe psy, jest MEGA! Podobno najspokojniejszy z całego miotu. Chwila wspólnej zabawy z Pchłą i super, bierzemy i jedziemy. Pies do samochodu, razem z Pchłą i Kasią.

Generalnie tak – dobrze Wam się wydaje, szybka akcja która trwała może z 10 – 20 minut.

 

Długa droga do domu.

Chyba nie miałem nigdy tak długiej i ciężkiej podróży z psem patrząc z obecnej perspektywy, mając na koncie podróże z wieloma obcymi i dzikimi psami. Nie dość że w drodzę powrotnej lekko się zgubiliśmy i dodaliśmy sobie około godziny jazdy to dodatkowo maluszek wpierw zwymiotował, potem zrobił kupę, a na koniec znowu zwymiotował. Żeby tych przyjemności nie było za mało Ori ( bo takie imię dostał ) nie był do końca wypachniony, wręcz na odwrót jego zapach delikatnie mówiąc odrzucał. Po trzech godzinach jazdy jedno mu trzeba przyznać, całą drogę jechał zaciekawiony i poza przerwami na chwile słabości siedział patrząc przez okno samochodu.

Pierwsze kroki na swoim.

Jakież to fajne uczucie gdy podjeżdżasz pod dom z nowym towarzyszem, a wszyscy czekają żeby poznać tego stwora. Oczywiście przed wejściem do domu zafundowałem Oriemu krótki spacer tak aby mógł się załatwić przed wejściem, a po długiej podróży. Pies powąchał co miał powąchać i nie zrobił co miał zrobić. Trudno, widocznie mu się nie chciało. Wchodzimy do domu pokonując pierwszą napotkaną przeszkodę czyli wysokie schody. W domu Ori z typowym dla siebie  ( teraz to już wiem ) olewaniem ludzi wszedł i zaczął poznawać dom. Poznawanie domu zaczął od pogonienia kota ( liczyłem że kot dla niego nie będzie stanowił problemu ), kolejnym krokiem było zrobienie siku na środku dywanu – no bo czemu nie. Dzień zakończyliśmy porządkami i myciem psa które nie do końca pomogło w 

zabiciu jego zapachu.

… jak było dalej?  To następnym razem 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *